Wpisy

Essen – dwie (?) gry zamiast sześciu

Życie projektanta nie jest proste! Wydanie gry to (kolejność oczywiście nie zawsze jest taka): mnóstwo pracy włożone w projekt, stres przy pokazywaniu gry wydawcy, oczekiwanie na decyzje, poprawki i zmiany w grze, podpisanie umowy, oczekiwanie na grafiki, oczekiwanie na produkcję, premiera gry. Gdy postanowiłem zająć się projektowaniem gier parę lat temu wiedziałem w co się pakuję i w tym roku doświadczam tego w pełni. Na początku tego roku myślałem, że spokojnie uda się wydawcom wydać 5/6 moich gier na Essen. Niestety wyszło to bardzo kiepsko:

7 dni Westerplatte jest już gotowe i jadę z G3 prezentować grę na targach Spiel w Essen,

King & Assassins planowane jest do druku na koniec września i Galakta zapowiada, że gra pojawi się na Essen,

Nehemiasz się opóźnia (znów!) i na targach pojawi się wersja z gotowymi grafikami do prezentacji,

Kłamca, kłamca zostało przesunięte z powodu opóźnienia produkcji innych gier wydawnictwa Cube,

Husaria (która aktualnie zatytułowana jest „Era Husarii” i niedługo wam o tej grze napiszę) to gra opóźniona z powodu przełożenia daty produkcji przez wydawcę,

Mage Maze REBEL.pl odłożył na później i zapowiada, że gra wyjdzie w przyszłym roku.

 

Tak to wygląda. Także jeśli zastanawiasz się jak to jest być projektantem, który nie ma swojego wydawnictwa, a chciałby na tym coś zarobić, to masz odpowiedź . Dlatego zanim się za to zabierzesz, zastanów się dwa razy:)

Pozdrawiam i wracam do projektowania gry, która może zostanie kiedyś wydana. Ale już teraz liczę się z tym, że premiera tej gry też będzie opóźniona 🙂

Wakacje bez gier planszowych

Moje wakacje są trochę inne od „normalnych”. Są ludzie, którzy pracują przez większość wakacji i wyjadą na jakąś podróż z rodziną, czy znajomymi. Są tacy, którzy mają wolne przez 2/3 miesiące i łapią dorywczą pracę albo po prostu siedzą w domu. Są i tacy, którzy przez całe wakacje podróżują, zwiedzają, itd.

Moje wakacje dzielę między służbę i wypoczynek. Służę na chrześcijańskich obozach młodzieżowych, rodzinnych i studenckich, a czasem nawet na półkoloniach dla dzieci. Moje role są różne – tłumaczenie liderów z USA, prowadzenie grup młodzieżowych, wykłady, czy opieka nad dziećmi. Moja żona, która jeździ ze mną robi to samo i dodatkowo jeszcze śpiewa.  W tym roku służyliśmy na 6 obozach (na jednym tylko „z doskoku”) i jest to nasz rekord 😉 Oprócz tego spędziliśmy z Olą tydzień w Poznaniu i właśnie wróciliśmy z naszej podróży przez Budapeszt, Bratysławę, Wiedeń i Pragę.

Pomimo tego, że na każdy z wyjazdów zabierałem torbę gier to czuję się, jakbym w te wakacje w ogóle nie grał w gry planszowe. Szacunkowo, rozegrałem podczas tych wakacji, łącznie z 40 partii gier i czuje się nienasycony. Miałem tylko dwie nowości w torbie i nie miałem nawet czasu zrobić videocastów. Testowałem tylko 2 projekty, z czego zadowolony jestem tylko z jednego. To jest za mało.

Gry są dla mnie priorytetem 3cio rzędnym – na pierwszym miejscu jest Bóg, na drugim żona – a i tak czuję niedosyt. Teraz, po powrocie do normalności, będę musiał coś zrobić z piętrzącymi się pomysłami w mojej głowie – gra o pizzy, gra o dzikim zachodzie, gra o budowaniu zoo, itd. Nie mogę się doczekać wycinania kolejnych setek kart, rysowania plansz, testowania nowych pomysłów i poprawiania tych starych. Nie mogę się doczekać regularnego grania w nowości, czy rozpakowywania moich gier, które zostaną wydane jeszcze w tym roku wydane.

Niedługo postaram się przygotować filmik prezentujący 7 dni Westerplatte, których sam jeszcze nie widziałem. Potem pokażę Wam King&Assassins i Nehemiasza. Myślę, że opowiem też więcej o kilku projektach, które są jeszcze w przygotowaniu.

Zbliża się nowy rozdział w mojej przygodzie z planszówkami – zobaczymy jak wyjdzie 😉

Projektowanie w drodze

Jesteśmy w pociągu, jedziemy z Oćwieki (a konkretnie z Mogilna) do Giżycka, na mazury. Poprzednie 9 dni to praca jako opiekunowie na obozie młodzieżowym. Piszę praca, ale oczywiście źródłem utrzymania to nie jest – traktujemy to jako służbę. Niemalże stuosobowy obóz, wykłady i grupki Biblijne, zabawy w klimacie pirackim, piłka nożna, siatkówka plażowa, a w „wolnych chwilach” planszówki – jestem przemęczony.

Przed nami kolejny obóz, tym razem półkolonie dla dzieci. Wrzucając ten wpis, dobiegają one już do końca. Zajmujemy się grupą 20-25 dzieciaków w wieku 5-13 lat przez kilka godzin dziennie, a później (jeśli czas na to pozwoli) odpoczynek, przygotowania do kolejnego dnia … no i planszówki.

Ambitnie zawsze mam jedną, oddzielą torbę z grami planszowymi. Wszyscy bardzo lubimy 7 Cudów Świata, więc grę zabrałem. Znajomi gali już kilka razy, mi w te wakacje jeszcze się nie udało. Oprócz tego w torbie znajduje się Nowa Era, która jeszcze na stół nie trafiła. Jest też Star Wars Gra Karciana, którą przemęczyłem z kolegą-geekiem. Poza tym Mały Książę i kilka gier imprezowych. No i oczywiście projekty dwóch moich gier.

Projektowanie w wakacje to projektowanie w drodze. Pamiętam jak 2 lata temu, pomiędzy dwoma obozami miałem kilka dni i w domu rodziców na szybko szykowałem prototyp do świeżego pomysłu. Również 2 lata temu odbywały się testy Westerplatte, po których zachodziło mnóstwo zmian. Za każdym razem brałem laptopa i wolnej chwili (a tych, ze względu na moją funkcję, jest często niewiele) wprowadzałem poprawki i drukowałem nowe karty/elementy. W tym roku jest podobnie – mam w torbie 2 gry i na razie testuję jedną z nich. Pomysł, który chodzi za mną od bardzo dawna i ostatnio doczekał się mechaniki, która idealnie do niego pasuje. Jestem tym projektem bardzo podekscytowany i robię grę myśląc m.in. o sobie samym 🙂

Prototyp X (jeszcze nie chcę zdradzać, co to jest – przyjdzie na to czas) to, między innymi, sporo kart i plansza, które stale się zmieniają. Po kilku partiach w Oćwiece dostrzegam potrzebę poprawek, znajduję ostatniego dnia obozu chwilę (o 22:00), siadam do biura obozowego i na kolanie wprowadzam poprawki. Nowe karty opisane w Excelu, wszystko wyliczone, niektóre karty trzeba wyrzucić, inne poprawić. Drukuję kilkanaście stron kart różnego rodzaju i wsadzam je do plecaka. Następnego dnia mamy pociąg o 8 rano. Gdy trochę porozmawialiśmy z Olą w pociągu, wyciągam kartki z nowymi kartami do wycięcia … i załamuję się zupełnie, bo zapomniałem zabrać nożyczek. „Muszę działać bardziej efektywnie, bo nigdy nie skończę tej gry” pomyślałem wkurzony na siebie.

Na szczęście z pomocą przychodzi moja żona. Zazwyczaj jestem zdenerwowany, gdy widzę chaos w jej torebce, szczególnie gdy nie ma tam chusteczek, których ja zawsze potrzebuję, ale tym razem jest inaczej. Ola zabrała nożyczki. Dlaczego? – nie mam pojęcia. Po prostu je ma i tyle. Zadowolony siadam na popsutym krześle, w tym dusznym wagonie i wycinam karty do mojej gry. Zadowolony z tego, że Ola po raz kolejny mnie „uratowała”. Zadowolony z tego, że prototyp X zmierza w kierunku naprawdę dobrej mechanicznie i ekscytującej tematycznie gry.

 

Pierwsze testy gry

Półtorej dnia zabrało mi przygotowanie mechaniki i prototypu gry o bitwie w Hodowie. Sporo kości K6 z różnymi wynikami na ściankach, karty, plansza i żetony.

Pierwsza partia testowa odbyła się w piątek i graliśmy w 3-osobowym składzie. Gra miała składać się z 6 rund, ale skończyło się na jednej. Podstawowa mechanika to karty akcji, które mamy w ręku. Gracze starają się poruszać swoje wojska i atakować nadciągających tatarów, aby zabić ich jak najwięcej. Dodatkowo każdy gracz ma ukryte cele, dlatego musimy podczas gry koncentrować nasz ogień na konkretnym typie jednostek. Atak oparty jest na kościach sześciennych, na których mamy różne wyniki, w zależności od tego jakimi jednostkami atakujemy. Mniej więcej, czujecie o co chodzi. Pierwsza partia była zupełnie nieudana. Kilka mechanizmów od razu trzeba było wywalić i po weekendzie zabrałem się za poprawki.

Drugą partię testową rozegrałem w poniedziałek i było lepiej, ale pojawiły się inne błędy i problemy z grą. W tej wersji gry, każdy gracz dostawał do ręki 8 kart akcji i w trakcie jednej rundy wykorzystywał je wszystkie. Sam pomysł był ciekawy, ale dawał graczom za dużo swobody i prowadził do „paraliżów decyzyjnych”. Dodatkowo, armia tatarów, cały czas była mało efektywna i nie sprawiała specjalnych problemów polskim obrońcom.

Co dalej? W tym momencie włożyłem już w tą grę naprawdę sporo czasu – można powiedzieć że 2-3 pełne dni. W przypadku niektórych gier, od razu wiem, że chcę iść za ciosem i pomysł szlifować. W przypadku „Obrony Hodowa”, nie mam pojęcia co dalej. Z jednej strony temat gry mnie mocno interesuje, z drugiej strony, boję się inwestować czas w aż tak niepewny projekt.

Tak wyglądają rozterki projektanta.  Nikt mi nie zapłaci za nieudaną grę. Nikt mi nie zapłaci za siedzenie nad grami, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Nie mam wypłaty co miesiąc, czy dniówki za moją pracę. Ktoś może pomyśleć – „przecież to twoja pasja, powinieneś wymyślać gry, bo to lubisz”. Jest w tym sporo racji i takie podejście miałem parę lat temu, gdy na horyzoncie nie było żadnych gier do wydania. Robiłem gry tylko dlatego, że lubiłem to robić. Dzisiaj nadal sprawia mi to wielką przyjemność i frajdę, ale jestem troszkę bardziej pragmatyczny. Wiem, że gra musi iść w kierunku wydania, albo śmietnika. Za dużo mam projektów gier, które trafiły do kilku wydawców, nikomu się nie spodobały i teraz leżą na półce, przypominając mi, czego nie robić.
Dlatego nadal nie wiem co dalej. Na razie odkładam projekt na bok – niech sobie leży i czeka na lepszy pomysł, na lepszy moment. A ja zabieram się za kolejną grę, która czeka w mojej głowie ponad rok. Dojrzewała, zbierała pomysły, które rodziły się podczas grania w inne planszówki i chyba jest już gotowa na pierwsze testy. Zobaczymy jak to będzie tym razem.

Wookie znad planszy

Siema! Z tej strony Łukasz Woźniak, znany gdzieniegdzie jako Wookie. Pozwól, że w kilku zdaniach wyjaśnię dlaczego i o czym chcę pisać na ZnadPlanszy.pl.
Z góry muszę przyznać, że nie jestem dobrym pisarzem czy felietonistą. Wszystkie próby pisania bloga, pamiętników projektanta, czy nawet książki fantasy w młodości kończyły się miernym efektem. Nie mam lekkiego pióra i jeśli szukasz finezyjnych, wymuskanych tekstów to tutaj ich nie uświadczysz 😉 (zapraszam do czytania pozostałych blogów na ZnadPlanszy – jest tutaj sporo naprawdę dobrych autorów). Pomimo wszystkich tych braków, chcę tutaj poruszyć temat, o którym niewiele osób pisze  – moim celem jest w pełni utrzymywać się z projektowania gier.

Szafa z projektami

Na ten moment mojego życia jestem pomiędzy jednymi studiami (Finanse i Rachunkowość, których w terminie na pewno nie skończę) a drugimi (Teologia zaoczna w Warszawie), także można cały czas powiedzieć, że jestem studentem. W okresie studiów, jak to zwykle bywa, utrzymywałem się z pomocy rodziców, stypendiów czy dorabiania na różne sposoby. Od pewnego czasu głównym, niemalże jedynym, przychodem są pieniądze zarobione z projektowania gier – czy to zaliczki, czy tantiemy za sprzedaż, czy chociażby transze wypłaty za projekt „na zlecenie”. Nie jest tego dużo, ale liczę na to, że kolejne projekty przyniosą kolejne pieniądze i w pełni połączę pasję z pracą.

Dlaczego wam o tym mówię? Ponieważ będę pisać tutaj głównie o życiu młodego* projektanta.

Oczywiście mógłbym szukać „normalnej” pracy, ale zdecydowałem się spróbować pracy jako projektant. Mniej więcej dwa lata temu, postanowiłem dać z siebie wszystko i wykorzystać kolejne lata, żeby sprawdzić, czy jestem w stanie zostać projektantem. Przez ten okres robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby osiągnąć ten cel i częściowo udało mi się go zrealizować.

Jestem świadomy tego, że mój młody wiek i niewielkie doświadczenie sprawiają, że muszę się jeszcze WIELE nauczyć. Dlatego chcę zaprosić Was do rozmowy o projektowaniu gier. Chciałbym pisać o obserwacjach, dokonanych podczas pracy nad grami. Mam też nadzieję na Wasz udział w tym projekcie – pytajcie, komentujcie, krytykujcie czy rzucajcie luźne propozycje, a nawet podpowiadajcie mi pomysły na gry:) Zobaczymy, co z tego wyjdzie…
*Na ten moment mam 23 lata i jak to napisał gdzieś Adam „folko” Kałuża, mógłbym być jego synem 😀