Wpisy

Wakacje bez gier planszowych

Moje wakacje są trochę inne od „normalnych”. Są ludzie, którzy pracują przez większość wakacji i wyjadą na jakąś podróż z rodziną, czy znajomymi. Są tacy, którzy mają wolne przez 2/3 miesiące i łapią dorywczą pracę albo po prostu siedzą w domu. Są i tacy, którzy przez całe wakacje podróżują, zwiedzają, itd.

Moje wakacje dzielę między służbę i wypoczynek. Służę na chrześcijańskich obozach młodzieżowych, rodzinnych i studenckich, a czasem nawet na półkoloniach dla dzieci. Moje role są różne – tłumaczenie liderów z USA, prowadzenie grup młodzieżowych, wykłady, czy opieka nad dziećmi. Moja żona, która jeździ ze mną robi to samo i dodatkowo jeszcze śpiewa.  W tym roku służyliśmy na 6 obozach (na jednym tylko „z doskoku”) i jest to nasz rekord 😉 Oprócz tego spędziliśmy z Olą tydzień w Poznaniu i właśnie wróciliśmy z naszej podróży przez Budapeszt, Bratysławę, Wiedeń i Pragę.

Pomimo tego, że na każdy z wyjazdów zabierałem torbę gier to czuję się, jakbym w te wakacje w ogóle nie grał w gry planszowe. Szacunkowo, rozegrałem podczas tych wakacji, łącznie z 40 partii gier i czuje się nienasycony. Miałem tylko dwie nowości w torbie i nie miałem nawet czasu zrobić videocastów. Testowałem tylko 2 projekty, z czego zadowolony jestem tylko z jednego. To jest za mało.

Gry są dla mnie priorytetem 3cio rzędnym – na pierwszym miejscu jest Bóg, na drugim żona – a i tak czuję niedosyt. Teraz, po powrocie do normalności, będę musiał coś zrobić z piętrzącymi się pomysłami w mojej głowie – gra o pizzy, gra o dzikim zachodzie, gra o budowaniu zoo, itd. Nie mogę się doczekać wycinania kolejnych setek kart, rysowania plansz, testowania nowych pomysłów i poprawiania tych starych. Nie mogę się doczekać regularnego grania w nowości, czy rozpakowywania moich gier, które zostaną wydane jeszcze w tym roku wydane.

Niedługo postaram się przygotować filmik prezentujący 7 dni Westerplatte, których sam jeszcze nie widziałem. Potem pokażę Wam King&Assassins i Nehemiasza. Myślę, że opowiem też więcej o kilku projektach, które są jeszcze w przygotowaniu.

Zbliża się nowy rozdział w mojej przygodzie z planszówkami – zobaczymy jak wyjdzie 😉

Projektowanie w drodze

Jesteśmy w pociągu, jedziemy z Oćwieki (a konkretnie z Mogilna) do Giżycka, na mazury. Poprzednie 9 dni to praca jako opiekunowie na obozie młodzieżowym. Piszę praca, ale oczywiście źródłem utrzymania to nie jest – traktujemy to jako służbę. Niemalże stuosobowy obóz, wykłady i grupki Biblijne, zabawy w klimacie pirackim, piłka nożna, siatkówka plażowa, a w „wolnych chwilach” planszówki – jestem przemęczony.

Przed nami kolejny obóz, tym razem półkolonie dla dzieci. Wrzucając ten wpis, dobiegają one już do końca. Zajmujemy się grupą 20-25 dzieciaków w wieku 5-13 lat przez kilka godzin dziennie, a później (jeśli czas na to pozwoli) odpoczynek, przygotowania do kolejnego dnia … no i planszówki.

Ambitnie zawsze mam jedną, oddzielą torbę z grami planszowymi. Wszyscy bardzo lubimy 7 Cudów Świata, więc grę zabrałem. Znajomi gali już kilka razy, mi w te wakacje jeszcze się nie udało. Oprócz tego w torbie znajduje się Nowa Era, która jeszcze na stół nie trafiła. Jest też Star Wars Gra Karciana, którą przemęczyłem z kolegą-geekiem. Poza tym Mały Książę i kilka gier imprezowych. No i oczywiście projekty dwóch moich gier.

Projektowanie w wakacje to projektowanie w drodze. Pamiętam jak 2 lata temu, pomiędzy dwoma obozami miałem kilka dni i w domu rodziców na szybko szykowałem prototyp do świeżego pomysłu. Również 2 lata temu odbywały się testy Westerplatte, po których zachodziło mnóstwo zmian. Za każdym razem brałem laptopa i wolnej chwili (a tych, ze względu na moją funkcję, jest często niewiele) wprowadzałem poprawki i drukowałem nowe karty/elementy. W tym roku jest podobnie – mam w torbie 2 gry i na razie testuję jedną z nich. Pomysł, który chodzi za mną od bardzo dawna i ostatnio doczekał się mechaniki, która idealnie do niego pasuje. Jestem tym projektem bardzo podekscytowany i robię grę myśląc m.in. o sobie samym 🙂

Prototyp X (jeszcze nie chcę zdradzać, co to jest – przyjdzie na to czas) to, między innymi, sporo kart i plansza, które stale się zmieniają. Po kilku partiach w Oćwiece dostrzegam potrzebę poprawek, znajduję ostatniego dnia obozu chwilę (o 22:00), siadam do biura obozowego i na kolanie wprowadzam poprawki. Nowe karty opisane w Excelu, wszystko wyliczone, niektóre karty trzeba wyrzucić, inne poprawić. Drukuję kilkanaście stron kart różnego rodzaju i wsadzam je do plecaka. Następnego dnia mamy pociąg o 8 rano. Gdy trochę porozmawialiśmy z Olą w pociągu, wyciągam kartki z nowymi kartami do wycięcia … i załamuję się zupełnie, bo zapomniałem zabrać nożyczek. „Muszę działać bardziej efektywnie, bo nigdy nie skończę tej gry” pomyślałem wkurzony na siebie.

Na szczęście z pomocą przychodzi moja żona. Zazwyczaj jestem zdenerwowany, gdy widzę chaos w jej torebce, szczególnie gdy nie ma tam chusteczek, których ja zawsze potrzebuję, ale tym razem jest inaczej. Ola zabrała nożyczki. Dlaczego? – nie mam pojęcia. Po prostu je ma i tyle. Zadowolony siadam na popsutym krześle, w tym dusznym wagonie i wycinam karty do mojej gry. Zadowolony z tego, że Ola po raz kolejny mnie „uratowała”. Zadowolony z tego, że prototyp X zmierza w kierunku naprawdę dobrej mechanicznie i ekscytującej tematycznie gry.